8 lutego 2015

ks. Piotr

Wywiad z księdzem Piotrem Beleckim.
Artykuł pochodzi z miesięcznika parafialnego PRZYSTAŃ nr 8 (146). 

O ŚMIERCI, KTÓRA BOLI NAJBARDZIEJ… I NADZIEI, KTÓRA NIE UMIERA. 

Ks. Piotrze, od kiedy zaczęła się Księdza posługa we Wspólnocie Rodziców po Stracie Dziecka?

Wszystko zaczęło się w seminarium. Ks. Jan Uchwat – ówczesny przełożony poprosił, abyśmy z klerykami pojechali na Mszę Świętą, na której będą rodzice w żałobie po stracie dziecka. Dlaczego tam pojechałem? trudno powiedzieć, bo zachęta brzmiała zatrważająco: jedź pomodlić się z osobami, które przeżywają wielki dramat swojego życia, pewnie są „wnerwione” na Boga, nie radzą sobie z żalem, czują się samotnie itd... Na początku bałem się. Co ja, młody chłopak po 4 latach studiów mogę powiedzieć matce, która nie może pogodzić się ze śmiercią swojego ukochanego dziecka? Podobne pytania chodziły mi po głowie. Jednym słowem - to doświadczenie przerastało mnie. Do dziś pamiętam, jak po pierwszej Mszy, na spotkaniu w salce, siedziałem i modliłem się, żeby przypadkiem nikt nie zadał jakiegoś trudnego pytania. Czas pokazał, że nie było tak źle. Nikt wtedy nie oczekiwał ode mnie „teologicznych mądrości”, elokwencji, znajomości odpowiedzi na wszystkie pytania o sens śmierci itp. Wystarczyła moja obecność. Zobaczyłem w tych ludziach wielki ból, wysłuchałem trudnych historii i - co najważniejsze - uświadomiłem sobie, że śmierć dziecka boli najbardziej. Jednak niesamowite było to, że nie było tam rozpaczy. Przeciwnie… nadzieja, wzajemne zrozumienie i nieodparte poczucie, że w tym wszystkim nie jesteśmy sami. Do dzisiaj się zastanawiam: czy to ja im wtedy pomogłem? czy może tamto spotkanie pomogło mi osobiście?

Od tego zaczęło się. Potem „3 mamy”, które założyły Wspólnotę Rodziców po stracie dziecka, przyjeżdżały do seminarium na wykłady. Bardziej się poznaliśmy i zżyliśmy. Pamiętam na pierwszym wykładzie, jak Dorota, Ania i Justyna zadały nam – przyszłym księżom - pytanie: co powiedzieć matce lub ojcu, który stracił dziecko? Nie zapomnę tamtej ciszy, która zapanowała w sali. Po chwili coś tam próbowaliśmy odpowiedzieć, ale rewelacji nie było. Teraz wspominamy to z uśmiechem. Dobrze było usłyszeć od tych, które przeżyły śmierć dziecka, jakie słowa najbardziej ich raniły, co je wtedy najbardziej bolało, czego najlepiej takim rodzicom na pierwszym spotkaniu nie mówić. Bez dwóch zdań – tamte „teoretyczne” spotkania i świadectwa przeżytej żałoby dużo mi pomogły.

Mijały kolejne miesiące, następne Msze św., rozmowy, wyjazdy, rekolekcje, wspólne kawy, spowiedzi, świadectwa przemiany życia. Tak jest do dziś. Choć kapłan w swej posłudze powinien być duchowym ojcem, ja tam czuję się czasami jak ich brat.

Jakie cele i zadania stawia sobie Wspólnota Rodziców po Stracie Dziecka? Kto i kiedy może do niej przyjść?

Jak już wspomniałem, tą wspólnotę założyli sami rodzice. Ich dramat, najcięższe chwile życia, pytania bez odpowiedzi, depresje, izolacja i nieustanny żal do siebie i Boga sprawiły, że zaczęli szukać pomocy u innych. Mówiąc w skrócie – spotkali wiele wspaniałych osób, księży i terapeutów, którzy pomogli im zmierzyć się z tym problemem. Choć żałoba trwa całe życie i śmierci dziecka nie można zapomnieć, to jednak da się z tym żyć. Wyżej wspomniane „3 mamy” poczuły pragnienie służenia innym rodzicom, którzy nie radzą sobie ze stratą. Nie chcą zostawić ich samych. Stąd pomysł na wspólnotę. Jak ci rodzice genialnie się rozumieją. Wiedzą i czują w większości to samo. Ból straty, wspólne modlitwy i rozmowy mocno ich łączą.

Nie chcemy się mądrzyć, nie stoimy wyżej, nie chcemy oceniać. Każda historia jest wyjątkowa. Chcemy jej wysłuchać, jeśli jest taka potrzeba. Dajemy się wygadać. Razem modlimy się. Stwarzamy okazję do wyrażenia swoich emocji, do przebaczenia. W sumie to „śmiejemy się z radosnymi i płaczemy ze smutnymi”. Co dwa miesiące organizujemy w par. Matki Bożej Fatimskiej na Żabiance Msze św. z modlitwą za dzieci, za rodziców. Z roku na rok jest nas coraz więcej. Ludzie przyjeżdżają z różnych miejsc Polski. Od tego roku w każdą pierwszą środę miesiąca mamy też katechezę o 19:00 w salce. Była taka potrzeba, aby spotykać się częściej, formować się, poznawać Boga i Kościół.

Niektórzy boją się do nas przyjść. Szanujemy to. Potrzeba im czasu. Wiele osób przychodzi tylko na Mszę. To i tak dużo. Dostajemy dużo sygnałów od naszych rodziców, którzy cieszą się, że mogą ze swoim doświadczeniem odnaleźć własne miejsce w Kościele, że poświęca się im czas, że „ktoś interesuje się tym, co przeżywają”.

Jak się uda, to dwa razy w roku zapraszamy na weekendowe rekolekcje. Najczęściej w Wielkim Poście i po wakacjach. To są mocne spotkania, podczas których namacalnie widać, jak Bóg działa w naszych sercach, zmienia nasze myślenie, uzdrawia i daje nadzieję.

Prowadzimy też stronę internetową: www.stratadziecka.pl. Jest tam dużo ciekawych artykułów, świadectw i bieżących informacji. Sądząc po ilości odwiedzin cieszy się dużym zainteresowaniem. Ostatnio poleciłem mojej znajomej, która mieszka na drugim końcu Polski, aby odwiedziła naszą stronę. Jej syn utopił się pół roku temu. Ku mojemu zdziwieniu usłyszałem odpowiedź: „proszę księdza, ja już chyba znam ją całą na pamięć”. To pokazuje wielką potrzebę rodziców i chęć szukania pomocy. Mam nadzieję, że przez tą wspólnotę choć w małym stopniu niektórym pomożemy.

Czy można znaleźć sens w śmierci własnego dziecka?

Kiedyś w to nie wierzyłem. Pocieszałem się sloganem „czas leczy rany”, co najczęściej kończyło się odsuwaniem od siebie trudnych pytań, ucieczką od problemu, zamykaniem się w sobie. Dziś wierzę, że to nie czas, ale Jezus leczy rany. Nie twierdzę, że ludzkie sposoby radzenia sobie ze stratą nie mają znaczenia. Mają. Dlatego wspieramy rozmową, doświadczeniem, jest u nas psycholog. To takie - powiedziałbym - szukanie integralne, bo człowiek prócz duszy ma i ciało, psychikę, zranione emocje. Na tych wszystkich wymiarach potrzebna jest pomoc. Jednak widzę, jak szczególnie doświadczenie żywej wiary i wspólnoty otwiera rodziców. Po tylu rozmowach, spowiedziach i wysłuchanych historiach wiem, że można w śmierci własnego dziecka odnaleźć sens. Widziałem to na własne oczy, znam te osoby. One mi dały nadzieję, że Ewangelia jest żywa. Przez ich historie widzę, jak Bóg powoli uzdrawia złamane bólem serca. To trudne zadanie i wcale go nie bagatelizuje. To często podróż na całe życie. Dziś naprawdę wierzę, że śmierć dziecka, która boli najbardziej… że ona nie musi nas niszczyć.

Bardzo lubię fragment Ewangelii, w którym Jezus po Zmartwychwstaniu pokazuje uczniom ręce i bok. Patrząc na rany Jezusa nawet niedowiarek Tomasz uwierzył. Dlaczego? Bo zobaczył, że te rany już nie krwawią, nie bolą. Wręcz przeciwnie – są uzdrowione; są chwałą Jezusa, który niczym żołnierz wraca z wojny i jako dowód walki z dumą pokazuje swoje blizny. Tomasz dał nam nadzieję, bo w końcu zrozumiał i doświadczył, że Chrystus ma moc przemienić najgorsze rany. To go uzdrowiło. Kiedy czasami myślę o ranach rodziców po stracie dziecka… modlę się, żeby przyszedł taki dzień, w którym te rany staną się ich chwałą. Modlę się, żeby to była ich najcenniejsza blizna, by Chrystus uleczył ich serca. Często proszę rodziców, aby modlili się pod krzyżem; żeby kontemplowali Mękę Chrystusa. On nas rozumie. W Jego ranach jest nasze zdrowie – mówi prorok Izajasz. On wbrew pozorom jest bardzo blisko. Zna nasz los. Zresztą tak, jak Maryja, która będąc matką uczestniczyła w egzekucji syna. Duchowość Maryjna też bardzo pomaga. Matka Boska Bolesna…. Ileż Ona nam pomogła.

Jak mogę pomóc osobie, która utraciła swoje dziecko?

Myślę, że przede wszystkim nie można takiej osoby zostawić samej. Z własnego doświadczenia wiem, jak trudno o tych sprawach rozmawiać. Rodzice często opowiadają, że po pogrzebie dziecka temat śmierci jakby zniknął. Większość bliskich milknie, niektórzy omijają szerokim łukiem, byle tylko nie poruszyć tego delikatnego tematu. Są zatem bardzo samotni. Nawet w niejednym małżeństwie zdarzyło się, że choć mąż i żona nie przestawali myśleć o zmarłym dziecku to między sobą uczynili ten temat zamkniętym, czymś w rodzaju tabu. Takie sytuacje pokazują, że potrzeba pewnej determinacji i odwagi, aby wyjść z inicjatywą rozmowy czy pomocy. Nic jednak na siłę. Tacy rodzice nie szukają tanich „pocieszaczy” w stylu: głowa do góry, wszystko będzie dobrze, będziecie mieć następne dziecko. To nie pomaga, a jedynie wzbudza większą irytację. Nie wszyscy potrzebują terapii, nie wszyscy muszą przyjechać na Żabiankę do Wspólnoty… ale wszyscy potrzebują tzw. dobrej duszy, kogoś komu opowiedzą swój ból, wygadają się, wyrażą swoje emocje, przed kim będą mogły być sobą odsłaniając cały dramat wszelkich myśli poczynając od tych bluźnierczych w stosunku do Boga kończąc na samobójczych.

Każdy rodzic po stracie ma prawo do żałoby. Dajmy im ten czas. Niczego nie przyspieszajmy. Oni potrzebują codziennej obecności na cmentarzu, nie chcą się śmiać, manifestują czasami swój smutek itp. Dajmy im do tego prawo. Oczywiście inaczej przeżywa żałobę mężczyzna, inaczej kobieta. Warto o tym wiedzieć i nie bać się tych różnic. W ogóle nie bać się takich reakcji.

Warto zwrócić uwagę na temat przebaczenia: Bogu, sobie oraz krzywdzicielom zmarłych dzieci. W takich sytuacjach prócz bólu straty dochodzi wielka nienawiść, która niszczy od środka. Nie czyni zadość smutkowi w najmniejszym stopniu, a pielęgnowana potrafi zdegradować naszego ducha i emocje. Takim rodzicom trzeba poświęcić dużo czasu i modlitwy. Ale warto… bo przebaczenie nie musi dokonać się od razu. Może trwać długo, być procesem. Trzeba go jednak zacząć.

W każdej sytuacji można do nas zadzwonić, napisać i jeśli będziemy potrafili, pomożemy.      

Czy można zacząć „normalnie żyć” po śmierci najbliższej osoby?

Wierzę, że można. Dodam jednak, że to już nie będzie to samo życie. Rodzic nigdy nie zapomni swojego dziecka. Ciągle żyje nadzieją na spotkanie w wieczności. Widzę, jak bardzo pomaga tu wiara w Zmartwychwstanie. Tacy rodzice z jednej strony żyją normalnie, jak każdy z nas. Z drugiej natomiast jest coś, co ich mocno wyróżnia. Oni bardzo kochają życie, doceniają je. Śmiem twierdzić, że patrzą głębiej, widzą więcej. Są bardzo wrażliwi na cierpienie drugich i jest w nich dużo pokładów empatii. Swoją historią mogą ubogacić niejedną osobę… po prostu dać nadzieję, że warto żyć. 

 

 

Świadectwa
(wszystkie treści są własnością Wspólnoty Rodziców po Stracie Dziecka, kopiowanie i udostępnianie bez zgody zabronione)

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
33 0.12238693237305